niedziela, 27 listopada 2011

O tych, którzy już nie wrócą

Ostatnio odwiedziłem raz jeszcze teren dawnego cmentarza bohaterów, opisywanego przeze mnie kilka postów wcześniej. Zauważyłem bowiem, że przy okazji remontu ul. Pilczyckiej zniknęła stojąca tam od zarania dziejów przyczepa. Okoliczne chaszcze ogarnięto, robotnicy załadowali też na ciężarówkę część leżących dookoła niemieckich płyt nagrobnych. Na miejscu pozostał nieco już mniejszy stos potłuczonych resztek pobliskich nekropolii, pojawiła się więc okazja do zbadania tego, co od lat pozostawało zakopane pod stertą kamiennego gruzu. Światło dzienne ujrzały kolejne, uwiecznione gotykiem nazwiska przedwojennych wrocławian. Postanowiłem sprawdzić w archiwach historię ich życia, uratować od zapomnienia to, co zostało już niemal utracone. Udało mi się trafić na ślad Ottilie Winkler i Theresie Stahr, za pomoc posłużył mi Hydral i stare księgi adresowe.



Pierwszą z bohaterek tego postu jest Ottilie Winkler z domu Maschner, woźna (albo dozorczyni - jakkolwiek tłumaczyć Hausmeisterin), która zmarła w 1935 r. Mieszkała przy dzisiejszej ul. Braniborskiej 67 (Berliner Str.). Prowadziła bardzo skromny żywot w przyziemiu oficyny, można domyślać się, że warunki jej zakwaterowania były fatalne. Lata 30. to czas wielkich kontrowersji odnośnie jakości życia w kamienicowych przybudówkach, na domiar złego budownictwo na Przedmieściu Mikołajskim nie słynęło z luksusów, a raczej z gnieżdżenia się ludzi na absurdalnie małych powierzchniach. Sytuacji nie poprawiała zapewne bliskość wielkiego rozjazdu kolejowego, na którym parowe lokomotywy głośno podkreślały swoją niepodzielną potęgę...


Ottilie była kobietą zamężną, książka adresowa wymienia zaś pod numerem 67 tylko jedną osobę o nazwisku Winkler. Być może została na świecie sama - skromność jej nagrobka sugeruje pochówek komunalny, przeprowadzony przez miasto. Udało mi się odnaleźć jej kamienicę na mapie i częściowo na zdjęciu lotniczym, niestety dziś nie ma już śladu po dawnej zabudowie. Wojna zmiotła ze swojej drogi oficynę frau Winkler, na jej miejscu stoi pawilon usługowy. Dawne czasy możemy odtworzyć już tylko w wyobraźni - podreptać śladami Ottilie pośród ściśniętych gęsto fasad Berliner Strasse, w cieniu ogromnych wież kościoła św. Pawła...

Druga z bohaterek to Theresia Stahr. Jej płyta nagrobna jest poważnie uszkodzona, ale zdobienia sugerują osobę nieco zamożniejszą. Książka adresowa wymienia Theresię jako emerytkę, mieszkającą na samym początku ul. Obornickiej (Obernigker Strasse), pod numerem 2. Jej mieszkanie znajdowało się na piętrze niewielkiego domu. Tuż obok Paul Seliger przez ponad 20 lat prowadził niewielką gospodę z letnim ogródkiem.


Theresia zapewne spędzała ciepłe popołudnia w błogiej, przedmiejskiej ciszy, przerywanej stukaniem kufli i głośnymi dyskusjami. Dziś w tym miejscu znajduje się parking wielkiego blokowiska, postęp urbanizacji zamienił spokojną dzielnicę w krainę betonowych wieżowców. Tak oto po kolejnej osobie pozostało jedynie wspomnienie wyryte gotykiem na rzuconym w kąt kamieniu...

* Kolaż zdjęć jest mojego autorstwa, w górnym rzędzie widać przewrócony krzyż i nagrobek Theresii Stahr, w dolnym nagrobek Ottilie Wiknler i alejkę cmentarza wojskowego. Pozostałe 2 zdjęcia pochodzą ze stron Wratislaviae Amici. Dane sprawdzałem w książkach adresowych z lat 1915, 1927, 1935, 1937 i 1941, lokalizacje na zdjęciach ustalałem metodami rodem z CSI: Breslau. Nie jestem pewien co do ulicy Obornickiej - gospoda miała numer 4 a numeracja szła w lewo, więc teoretycznie widoczny na zdjęciu dom ma numer 2. Trafność doboru nazwisk z książki adresowej oceniam na 80%.

sobota, 22 października 2011

Historia Iwana Połbina

Gdyby policzyć wszystkie istniejące na świecie legendy, krainą największych marzycieli okazałaby się zapewne sowiecka Rosja. Komunistyczny reżim nie przetrwał długo, pozostawił jednak za sobą tysiące opowieści o bohaterskich działaczach i żołnierzach. Świetnym przykładem radzieckiej legendy jest z pewnością Iwan Połbin, generał Armii Czerwonej, poległy nad Festung Breslau. Jego nazwisko do dziś nosi jedna z kozanowskich ulic - dlaczego nie zmieniło się to podczas szalonej dekomunizacji lat 90.?

Iwan Semenowicz Połbin urodził się w 1905 r. w więziennej celi. W najmłodszych latach uczęszczał do szkoły powszechnej i pracował jako pastuch. Nieco później wyjechał z rodzinnej miejscowości i zatrudnił się w charakterze robotnika na kolei. Wstąpił również do Komsomołu. Gdy w 1927 r. wcielono go do armii, wreszcie odnalazł swoje przeznaczenie. Szybko piął się na szczeblach kariery, w 1931 r. ukończył z wyróżnieniem wojskową szkoły pilotów w Orenburgu. Do końca życia odbył łącznie 157 lotów bojowych, z szeregowego żołnierza w niespełna 15 lat stał się generałem majorem Armii Czerwonej. Walczył na Bliskim Wschodzie, w bitwie stalingradzkiej oraz na ziemi sandomierskiej. W 1945 r. skierowano go nad Dolny Śląsk.

Czym wsławił się Połbin? Współpracownicy i podwładni z pewnością podziwiali jego porywczy charakter i odwagę. Nawet jako generał, pomimo wyraźnego zakazu, nadal odbywał loty bojowe. Nigdy nie pozostawił swoich pilotów w trudnych misjach, a przynajmniej tak rysowała jego postać sowiecka propaganda. Szalone pomysły taktyczne Połbina przeszły do historii lotnictwa, przypisuje się mu przede wszystkim pierwsze znane użycie bombowców do zestrzelenia wrogich samolotów (zazwyczaj zajmowały się tym myśliwce z eskorty). W październiku 1943 r. jego pułk zniszczył sześć niemieckich maszyn przy stracie trzech własnych. W ten sposób sowieckie pozycje uniknęły nieprzyjacielskich bombardowań. Już w 1942 r. Połbin uhonorowany był najwyższym tytułem Bohatera Związku Radzieckiego, trzy lata później otrzymał go po raz drugi. Niestety pośmiertnie.


Co takiego stało się w 1945 r. nad płonącym Breslau? 10 lutego 1945 r. odbyły się pierwsze radzieckie naloty na stolicę Dolnego Śląska. Następnego dnia piękna pogoda zachęciła stacjonującego w Brzegu Połbina do poprowadzenia pułku 9 bombowców nad podwrocławski Oporów. Wybrał drogę ponad miastem, liczył, że ukryje się w gęstym dymie buchającym z płonących budynków. Ta odważna decyzja okazała się zgubna dla niego i załogi, samolot Pe-2 został zauważony i zestrzelony przez działo stojące na ul. Fiołkowej, niedaleko dzisiejszego FAT-u. Maszyna eksplodowała, szczątków samego generała dotąd nie odnaleziono.

Dziś postać Iwana Połbina budzi poważne kontrowersje. Nie da się zaprzeczyć, że był jedynym w historii generałem, który poległ prowadząc bojowy lot. Przypisuje się mu również wiele innowacji w dziedzinie taktyki walki powietrznej. Czy powinniśmy jednak honorować żołnierza Armii Czerwonej poprzez nazwę kozanowskiej ulicy? Ten temat powraca od kilku lat jak bumerang. Dr Maciej Korkuć z krakowskiego IPN, specjalista w dziedzinie "lustrowania" ulic wypowiedział się, że:

W czasie bitwy o twierdzę Wrocław zginęło wielu wybitnych żołnierzy sowieckich i niemieckich, jedni w służbie Stalina, drudzy Hitlera. Nie powinno być dla takich "bohaterów" miejsca w Polsce. Mają dużo ulic w Niemczech i w Rosji.

Co o tym myślicie?

poniedziałek, 10 października 2011

Czy Wrocław jest czeskim miastem?

W dzisiejszym poście chciałbym poruszyć kwestię przynależności narodowej Wrocławia. Zdaję sobie sprawę, że jest to temat drażliwy i kontrowersyjny, wyjątkowo oprę się więc w stu procentach o artykuły naukowe, napisane przez polskich i czeskich uczonych w ramach konferencji "Wrocław w Czechach - Czesi we Wrocławiu. Literatura - język - kultura" (2002). Jak wszyscy wiemy, władza ludowa przez kilkadziesiąt lat forsowała pogląd o polskości "ziem odzyskanych". Po 1989 r. nastąpił zwrot w polityce włodarzy miasta, zaczęto szanować niemieckie dziedzictwo, stanowiące bezspornie niezwykle ważną cząstkę historii Dolnego Śląska. Od niedawna coraz częściej słyszy się głosy, że Wrocław jest czeski, i z Polakami ma niewiele wspólnego. Kto ma rację? Co jest tu mitem?

sobota, 1 października 2011

Co wyjątkowego kryją wrocławskie kamienice?

Dzisiejszy post chciałbym poświęcić wrocławskim kamienicom. Temat czynszówek od zawsze budzi kontrowersje – niektórzy postrzegają je jako obdrapane i niewarte uwagi, inni zaś zachwycają się ich XIX-wieczną architekturą. Kto ma rację?

Zacznijmy od samego początku, czyli od historii wrocławskiej zabudowy spoza obrębu Starego Miasta. W 1807 r. na polecenie księcia Hieronima Bonaparte przystąpiono do likwidacji bram i murów Wrocławia, które dotąd trzymały stolicę Dolnego Śląska w szczelnym uścisku. Gdy dawne fortyfikacje ustąpiły miejsca malowniczym, spacerowym traktom, zniknęła przeszkoda ograniczająca dotąd postęp urbanizacji. Spalone wskutek wojny przedmieścia otrzymały od losu nową szansę, potęgowaną początkiem ery przemysłu i boomem demograficznym. Narodziło się prawdziwe, urbanizacyjne monstrum, karmione podwajającą się co 30 lat liczbą ludności. Z początku drzemało i próbowało swych sił, wkrótce jednak eksplodowało we wszystkich kierunkach, pozostawiając w tyle miejskie rogatki i fosy. W dzikim galopie połykało pola i wioski, chwytało swymi łapami wielkie połacie ziemi i zamieniało je w budzące zachwyt mury kamienic i pałaców. W chwilach uniesienia zostawiało za sobą radosną secesję, w chwilach gniewu grzmiało podniosłą klasyką. Oplatało gęsto strzeliste wieże i sklepienia, detronizowało panujące niepodzielnie nad miastem pomniki gotyku, przyprawiało o drżenie bogactwem fasad i spojrzeniami kariatyd. Gdy pazury monstrum sięgnęły już dziesiątek kilometrów od dawnego centrum, dzieło stu lat urbanizacji obróciła wniwecz zawierucha II wojny światowej.


Odarte ze świetności wrocławskie domostwa przez pięćdziesiąt lat popadały w bolesną agonię. Tu i ówdzie słychać było pomruki dawnej potęgi, przekrzykiwały je jednak szyderstwa i złośliwości. Kamienice z biegiem lat coraz bardziej niszczały, stając się posępnymi cieniami przedwojennej zabudowy. Ogromne zaniedbania straszą po dziś dzień. Wystarczy jednak choć na chwilę wyzbyć się uprzedzeń i spojrzeć poza odrapane do gołych cegieł ściany. Przymknąć oko na zrujnowane korytarze i wybaczyć podwórkom ich biedę. Znajdziemy się wówczas w zupełnie innym miejscu, o duszy nadanej przez XIX-wiecznego architekta. Zauważymy detale rzeźb, mrok igrający na schodach z promieniami świetlików, fantazyjne poręcze, ażurowe schody. Nawet sufit i podłogi nie pozwalają nieraz oderwać od siebie wzroku. I to jest właśnie magia kamienic. Magia ich indywidualności, emocji zaklętych w starych ścianach. Każda fasada, każdy korytarz stanowią unikalne dzieło sztuki, stworzone aby zachwycać, nawet gdy stuletni tynk zmęczony uderza już o chodnik.

Zamiast krytykować nadwątlone zębem czasu kamienice, uszanujmy dzieło owego niemieckiego monstrum, które w ubiegłym stuleciu grasowało po przedmieściach. Uratujmy to, co może zniknąć pod ciężarem własnej starości. Program rewitalizacji kamienic dobitnie pokazuje, że w zakamarkach czynszowych dzielnic kryją się prawdziwe perły architektury, czekające cierpliwie na swoje drugie życie.

Użyte powyżej zdjęcie jest autorstwa Pawła Jóźwiaka i wykorzystałem je za jego zgodą.

Zapraszam Was przy okazji do obejrzenia wyśmienitej galerii wnętrz kamienic na Facebooku.

sobota, 24 września 2011

Smaki secesji

Opisywana w poprzednim poście ulica Kurkowa nie była tak naprawdę celem mojej podróży po Wrocławiu. Tamtego dnia podążałem na ul. Prusa 5 złożyć pokłon królowej wrocławskich kamienic, leniwie wygrzewającej się w ostatnich przebłyskach popołudniowego słońca. W facebookowej ankiecie na ulubiony zabytek zajęła ona miejsce w ścisłej czołówce (przez długi czas prowadziła), postaram się więc przybliżyć Wam jej urok.

Kamienicę zaprojektował w 1902 r. niemiecki architekt, Wilhelm Heller. Niestety ząb czasu okazał się wyjątkowo niełaskawy dla okrągłej bryły budynku. Brak remontów doprowadził ją w 2005 r. na skraj upadku, spod ostatnich podrygów zdobionego tynku wystawały wówczas gołe cegły, całość powoli chyliła się ku upadkowi. Szczęśliwie na Prusa 5 zawitał pionierski projekt rewitalizacji kamienic. Gdy w 2006 r. zdejmowano rusztowania, oczom zdumionych mieszkańców ukazała się prawdziwa perła pośród wrocławskiej secesji.

Secesja. Wiele osób bezwiednie powtarza to hasło, nie zdając sobie sprawy z jego niepowtarzalnej aury. Na końcu XIX w. rewolucja przemysłowa mocno namieszała w ludzkich głowach. Rozpoczął się trwający aż do dziś pościg za nowoczesnością we wszystkich dziedzinach życia. Nie wystarczały już rzeczy doskonale znane i odziedziczone po przeszłych generacjach. Dotyczyło to również projektowania budynków. Grupa architektów z kilku krajów Europy odważyła się wystąpić przeciwko ciągłemu powracaniu do antycznych i średniowiecznych wzorców. Poszukiwali oni formy idealnej, stojącej w harmonii z otaczającym światem, dającej tchnięcie nowości skostniałemu otoczeniu. Śmiertelnie poważne kanciaste kształty zastąpili krągłościami, w miejsce pełnych przepychu rzeźb umieścili burzę pastelowych ornamentów. Styl ten, stanowiący zerwanie z dotychczasowym kanonem architektury, nazwano w Polsce secesją (niem. Jugendstil). Nie znalazł on uznania i nie przetrwał długo, wkrótce całkowicie wyparł go modernizm. W Breslau w latach 30. przeprojektowano mnóstwo secesyjnych budynków i "uspokojono" ich fasady, rezygnując z pięknych zdobień (nie pasowały do powagi III Rzeszy...). Krótki epizod panowania secesji jest dziś źródłem wielu badań i fascynacji.


Wróćmy jednak do naszej kamienicy. Gdy spojrzymy na jej fasadę, reszta ulicy Prusa nagle znika. To secesyjny detal przytłacza kontrastem i wyrazistością. Z obłych wykuszy spływają w dół fantastyczne, odrestaurowane z największą pieczołowitością kamienne kwiaty. Zielone, smukłe okiennice kuszą wzrok delikatnymi wykończeniami, balkony zaś porywają oczy przechodniów w niezwykły świat flory. Kamień, metal i roślinne ornamenty łapczywie oplatają mieszkania fantazyjnymi kształtami. Tańczą na tle jasnej ściany, skąpane w złotym świetle słońca, górującego na gzymsie. Wejścia do budynku strzegą secesyjne drzwi, ozdobione kwiecistymi łukami. Kamienica mocno kontrastuje z okoliczną zabudową, w dużej mierze tworzoną przez konserwatywnych architektów. Jej okazały front ma w założeniu wyrażać charakterystyczną dla secesji indywidualność. Ma zachwycać przepychem, ale z umiarem, w pełnej harmonii z naturą. Czy zachwyca? Sprawdźcie sami, ja nie mogłem oderwać wzroku :).