środa, 11 czerwca 2014

Do zobaczenia w lepszym świecie


Ostatni z moich artykułów dotyczył zapomnianych niemieckich morderstw, którymi zajmowała się przed wojną breslauerska policja. Trzeba pamiętać, że Wrocław na przestrzeni ostatnich 80 lat był także areną zbrodni popełnionych w literze prawa przez dwa brutalne reżimy. Opiszę dziś haniebne wydarzenia z 1948 r., kiedy to komunistyczna władza ostatecznie rozprawiła się z wileńskimi działaczami Armii Krajowej. Rzecz działa się w samym środku lata, do setek dolnośląskich domów zapukali funkcjonariusze Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. Zapanował prawdziwy terror, aresztowano całe rodziny, w tym nawet matki z noworodkami. Drogą tortur wydobywano kolejne zeznania obciążające dalsze osoby.

Zanim przejdę do opisu tych tragicznych zajść, chciałbym przybliżyć Wam mało znane fakty o oddziałach AK funkcjonujących do 1945 roku na terenach byłej Litwy. Wileńska konspiracja, w porównaniu do reszty okupowanego kraju, znalazła się w bardzo korzystnej sytuacji politycznej. Co rusz następowała tam zmiana władzy, przez co aparaty bezpieczeństwa nie miały szans na rozpracowanie siatki polskich struktur podziemia. Zwłaszcza mało doświadczeni Litwini nie potrafili poradzić sobie z doskonale zorganizowanymi oddziałami partyzanckimi. Przez okres wojny wileński okręg AK zorganizował wiele brawurowych akcji. Przede wszystkim zajął niemal cały podległy sobie obszar, ograniczając niemieckie panowanie do większych miast i traktów zaopatrzeniowych. W Wilnie, podobnie, jak w Warszawie wybuchło w 1944 roku powstanie, zakończone co prawda militarnym niepowodzeniem, ale będące wymowną wiadomością dla nadciągającej Armii Czerwonej. Oprócz działań wojskowych sławę zdobył konspiracyjny dział „legalizacji”, wyrabiający na masową skalę fałszywe dokumenty, uważane przez wielu za lepsze od oryginałów. Wyobraźcie sobie, że zdarzało się przewożenie broni i sprzętu dla partyzantów za pomocą niemieckich ciężarówek – wszystko dzięki sfałszowanym przepustkom i wysokim znajomościom.

Gdy wojna miała się już ku końcowi, dowództwo inspektoratu AK na powiat wileński i trocki obejmował ppłk Antoni Olechnowicz ps. „Pohorecki”. Priorytety podziemia powoli ulegały zmianie. Miejsce niemieckich służb zajęło NKWD, które pod pozorem współpracy aresztowało i rozbiło większość partyzanckich oddziałów. Rozpoczęto gorączkową ewakuację za linię Bugu, Olechnowicz wskutek wielkiej determinacji przyczynił się do ocalenia ponad 3 tysięcy osób związanych z konspiracją. Osiedlano ich w miejscach, gdzie mogli wtopić się w środowiska repatriantów z terenów dzisiejszej Litwy. Pośród najczęściej wybieranych lokalizacji figurował Dolny Śląsk i Wrocław.

ppłk Antoni Olechnowicz
ps. "Pohorecki"
Powojenna działalność zakonspirowanych wilnian skupiała się przede wszystkim na pomocy przesiedleńcom, którzy niejednokrotnie opuszczali swoje domostwa w pośpiechu i bez grosza przy duszy. Po rozwiązaniu Armii Krajowej komenda AK Wilno podporządkowała się bezpośrednio emigracyjnemu rządowi w Londynie. Przez kilka lat budowała od nowa siatkę informatorów i przekazywała wartościowe informacje państwom zachodnim. W kwietniu 1946 r. nastąpiło pierwsze ostrzeżenie – po zdradzie łączniczki, Reginy Żylińskiej, rozpoczęła się seria aresztowań wysoko postawionych działaczy. Prawdziwe żniwo przyniosło jednak lato roku 1948. Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego od dawna przymierzało się do finalizacji tzw. Akcji X. Przez długie miesiące kilkuset funkcjonariuszy prześwietlało każdego repatrianta z Wileńszczyzny. Rozpracowywano powiązania i werbowano agentów, wkrótce dowodzący operacją płk Jan Tataj i ppłk Adam Humer dali zielone światło do ataku. Miejscem najbardziej natężonych działań stały się Bydgoszcz i Wrocław.

25 czerwca, na spokojnym Zaciszu, bezpieka wdarła się do mieszkania przy ulicy Kochanowskiego 86/1. Aresztowano tam kpt. Aleksandra Tomaszewskiego „Bończę”, organizatora siatki informatorów na obszar Dolnego Śląska. Dzień później w tym samym miejscu zatrzymano ppłk Antoniego Olechnowicza, najważniejszą postać Okręgu. 7 lipca, na klatce schodowej kamienicy przy ul. Jarosława Dąbrowskiego 57 (dziś Komuny Paryskiej – zob. komentarze u dołu strony) postrzelono w brzuch ppor. Antoniego Wodyńskiego „Odyńca”, łącznika AK, wychodzącego z mieszkania nr 14, należącego do Jadwigi Łukasiuk. Na wpół żywy został zabrany na kocu do samochodu UB i wywieziony na przesłuchanie. Zmarł dzień później. 12 lipca pod adresem Malinowa 3/5 (tu też odsyłam do komentarzy, dom istnieje do dziś) aresztowano Henryka Urbanowicza ps. „Szczaw”, 22-letniego harcerza, działającego aktywnie w wileńskiej konspiracji.

Żaden z wymienionych mężczyzn nie przeżył Akcji X. Komunistyczna władza wymierzyła w ich stronę serię sfingowanych procesów, wysuwając przy tym oskarżenie o współpracę z hitlerowcami. Antoni Olechnowicz został stracony 8 lutego 1951 roku w Warszawie. Współwięzień relacjonował, że podpułkownik wychodząc z celi śmierci powiedział:
„Czołem, panowie. Do zobaczenia w lepszym świecie.”
Los Olechnowicza podzielił Aleksander Tomaszewski. Henryk Urbanowicz został zakatowany w więzieniu na Kleczkowskiej, stracono go tam 6 maja 1949 roku, po wyroku sędziego Romana Abramowicza (prokurator – Eugeniusz Turkiewicz). Bolesław Bierut odmówił prawa łaski, potwierdzając trzykrotną karę śmierci. Ciało zastrzelonego Antoniego Wodyńskiego oddano studentom anatomii.

Łącznie w całym regionie aresztowano ponad 800 osób, w całej Polsce – ponad 6000. Na brutalne przesłuchania trafiały całe rodziny, w tym i małe dzieci, będące „gwarancją” prawdomówności ojców. Oprawcy zasłynęli niebywałym okrucieństwem, zwłaszcza w Bydgoszczy, gdzie postrach siał niejaki Adam Kujawa. Wielu wilnian doprowadzono do kalectwa lub samobójstwa. Odartych z godności AK-owców skazywano na śmierć lub długie lata więzienia, ich działalność zaś poszła w zupełne zapomnienie.

3 kwietnia 2012 r. na cmentarzu Osobowickim odbył się ponowny pogrzeb Antoniego Wodyńskiego i Henryka Urbanowicza, których szczątki odnaleziono podczas poszukiwania miejsc pochówku ofiar stalinizmu. Ponad zmarłymi zabrzmiał cytat z "Pieśni" Tadeusza Borowskiego:
"Nad nami - noc. Goreją gwiazdy, dławiący, trupi nieba fiolet. Zostanie po nas złom żelazny i głuchy, drwiący śmiech pokoleń".
Zapalcie czasem świeczkę w tym miejscu, zróbcie na przekór tym, którzy chcieli pogrzebać historię wraz z jej bohaterami.

Źródła

5 komentarzy:

  1. https://www.youtube.com/watch?v=dLcureeUBFU

    OdpowiedzUsuń
  2. Odnośnie kamienicy przy ulicy Dąbrowskiego. W tamtym czasie we Wrocławiu były dwie ulice Dąbrowskiego. Żeby uniknąć licznych pomyłek jedną z nich przemianowano w późniejszym czasie na ulicę Komuny Paryskiej.To właśnie tam znajduje się kamienica z numerem 57A, w której mieszkała wraz z dziećmi, w mieszkaniu nr 14 Jadwiga Łukasiuk - żona kpt. Władysława Łukasiuka "Młota". To w tym mieszkaniu założono kocioł, w który wpadł Antoni Wodyński. Żyje jeszcze uczestniczka tych wydarzeń - mająca wówczas 6 lat córka Jadwigi i Władysława Łukasiuków - Marta. Dla wielbicieli powojennej historii Wrocławia ciekawa może być także informacja, że ulica Malinowa, przy której mieszkał Henryk Urbanowicz "Zabawa", nie ma nic wspólnego z dzisiejszą, współczesną Malinową. Ówczesna Malinowa jest w centrum miasta i nosi dziś nazwę Joachima Lelewela.
    Pozdrawiam EG

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za informację, za chwilę poprawię artykuł. Sprawdzałem mapy z 1948 roku, ale nie spodziewałem się takiej sytuacji...

      Usuń
    2. Anna z Łokuciewskich31 sierpnia 2016 04:34

      Dziękuję za podanie źródeł. Szukając informacji o nr kwatery, w której odnaleziono Henryka Urbanowicza natrafiłam na Pana wpis. Tymczasem okazało się, że to ja mogę przekazać informację: Otóż Malinowa to ta sama Malinowa i dom nadal stoi ten sam, i pod tym samym numerem. Wiem, bo Henryk Urbanowicz mieszkał u moich Dziadków i stamtąd go zabrali.

      Usuń
  3. Bardzo ciekawy i potrzebny wpis w czasach, gdy pluje się na Żołnierzy Wyklętych.

    OdpowiedzUsuń

Uprzejmie proszę o nie przesyłanie w komentarzach SEO-spamu.