poniedziałek, 5 marca 2012

Wrocławski epizod Heinricha Harrera

Pewnego lipcowego dnia 1938 roku na Stadionie Olimpijskim uniosła się ogromna wrzawa. Kilkaset tysięcy gardeł zaczęło skandować „Ein Volk, Ein Reich, Ein Fuhrer!”. Tłum Niemców choć na chwilę chciał poczuć swą potęgę i niezwyciężoność. Rytm okrzyków wybijały setki maszerujących butów, wokół powiewały flagi ze swastykami i błyskawicami. Aż do wizyty papieża w 1983 roku nikt na Dolnym Śląsku nie widział aż tylu ludzi zgromadzonych w jednym miejscu. Wszystko to za sprawą Deutsches Turn- und Sportfest, czyli Wielkoniemieckiego Święta Sportu i Gimnastyki.

Święto to doskonale wpisywało się w politykę krzewienia tężyzny fizycznej, promowaną przez III Rzeszę. Organizowano je regularnie od 1860 roku, jako formę wewnątrzpaństwowej olimpiady. Nie miało sobie równych w rozmachu i liczbie gości. Sport od zawsze wiązał się z polityką, totalitarne reżimy zaś bardzo szybko zauważyły, że kształtując siłę i charakter obywateli wzmacniają potęgę narodu. Nazistowskie organizacje sportowe chętnie wykorzystywały ducha rywalizacji jako zakamuflowaną formę rasizmu, pogardy do słabszego wroga. Przy okazji wrocławskiego Turnfest specjaliści od propagandy urządzili z ogromnym rozmachem polityczny spektakl. Spotkało się tu bowiem kilka niezwykłych okoliczności, zwiastujących zdarzenia kluczowe dla losów Europy.

Przede wszystkim z wielką pompą przywitano delegację Niemców z Czechosłowacji, donośnie wysuwając tym samym pretensje do ziem sudeckich. Wrocław, jako miasto położone blisko południowej granicy, wydawał się być idealną areną do tego typu międzynarodowych rozgrywek. Członkowie Sudeckiego Związku Gimnastycznego, w jednakowych mundurach i czapkach myśliwskich, dumnie przemaszerowali przez miasto, uroczyście witani przez rozentuzjazmowany tłum. Wyreżyserowane przez propagandę przedstawienie miało zyskać przychylność ówczesnych wrocławian do agresji na Czechosłowację. W ten sposób naziści małymi krokami zdobywali poparcie dla swoich ambicji terytorialnych. Drugą z politycznych okoliczności był przeprowadzony dwa miesiące wcześniej anschluss Austrii. W celu jego „uczczenia” zaproszono do Breslau czwórkę alpinistów, którzy dokonali nadludzkiego wręcz wyczynu.


W owym czasie III Rzesza pilnie potrzebowała narodowych bohaterów, którzy w społecznej świadomości świadczyliby o potędze rasy aryjskiej. W 1938 r. dwójka Niemców i dwójka Austriaków postanowiła zdobyć wieczną sławę poprzez pokonanie północnej ściany góry Eiger w szwajcarskich Alpach. Owa Ściana Śmierci kosztowała życie wielu śmiałków, stanowiła ostatni niezdobyty górski bastion zachodniej Europy. Heinrich Harrer, Fritz Kasparek, Anderl Heckmair i Ludwig Vörg połączyli siły dwóch ekspedycji i wspólnie, w 3 dni, osiągnęli upragniony szczyt. Świat obiegły zdjęcia z wyprawy, najpoczytniejsze gazety zaś głosiły triumf niemieckiego alpinizmu. Stanowiło to idealny prezent dla nazistowskiej machiny propagandowej. Cała czwórka zdobywców została uroczyście przyjęta przy okazji wrocławskiego Turnfest., osobiście spotkał się z nimi Adolf Hitler wraz ze swoimi dygnitarzami. Losy Wrocławia splotły się wówczas z losami jednej z najbarwniejszych niemieckich postaci – Heinricha Harrera. Kim był?


Czwórka zdobywców Ściany Śmierci, po lewej stronie Hitlera stoi Heinrich Harrer

Być może kojarzycie jego nazwisko. Zdobycie północnej ściany Eigeru nie stanowiło jego największego osiągnięcia. Niedługo po Święcie Sportu dostał propozycję wyjazdu w Himalaje. Po wybuchu II wojny światowej internowano go w Indiach, skąd po długiej i żmudnej ucieczce trafił do Tybetu. Doceniono tam jego znajomość lokalnych obyczajów i języka. W niedługim czasie z uciekiniera stał się rządowym pracownikiem, a przede wszystkim – nauczycielem i przyjacielem Dalajlamy. Swoje wspomnienia z Azji spisał w bestsellerowej książce „7 lat w Tybecie”, sprzedanej na całym świecie w milionach egzemplarzy. W 1997 roku Jean-Jacques Annaud przeniósł opowieść Harrera na srebrny ekran, obsadzając w jego roli Brada Pitta.

Epizod z Breslau wpłynął bardzo negatywnie na dalsze losy alpinisty. Przede wszystkim znacznie utrudnił mu oczyszczenie się z zarzutów współpracy z hitlerowcami. Sam zainteresowany, pomimo przynależności do formacji SS w stopniu sierżanta, przez wiele lat zasłaniał się błędami młodości. Zdecydowanie zaprzeczał pogłoskom o uczestnictwie w nazistowskich zbrodniach, jednak demony przeszłości nie opuszczały go aż do śmierci. Wielokrotnie przytaczano zdjęcia i filmy z wrocławskiego Turnfest jako dowód na dwulicowość Harrera. Złośliwi wskazywali na chorągiewkę ze swastyką wniesioną przez niego na Eiger. Kto ma w tym sporze rację? To już pewnie na zawsze pozostanie tajemnicą...

Artykuł zainspirowany postem Piotra Szwedowskiego na facebookowej stronie bloga, napisany przede wszystkim na podstawie Mikrokosmosu Normana Daviesa oraz strony http://www.nasz.wroclaw.pl/festyn/.

4 komentarze:

  1. Tak dobrego blogu o Wrocławiu jeszcze nie spotkałem, pozdro

    OdpowiedzUsuń
  2. Niezwykle interesujące! Czekam na kolejne wrocławskie tajemnice :)

    OdpowiedzUsuń

Uprzejmie proszę o nie przesyłanie w komentarzach SEO-spamu.