poniedziałek, 15 sierpnia 2011

Deszcze niespokojne

Wrocław jest na tle całej Polski miastem ciepłym i słonecznym, czasem jednak zamienia się w prawdziwą krainę deszczowców. Pierwsze znane przekazy mówią o zalaniu przez Odrę Ostrowa Tumskiego w 1179 r. Roczniki śląskie wspominają o "krwawej fali" z 1270 r., która zatapiała na swojej drodze pola, lasy i wsie. Na przestrzeni tysiąclecia mieszkańcy Wrocławia niejednokrotnie walczyli z kapryśną aurą, zamieniającą leniwe rzeki w szalony żywioł. Uwierzycie jeśli powiem, że powodzie to tylko jeden z rodzajów katastrof powodowanych w mieście przez deszcze? Stare, wrocławskie legendy raz po raz wspominają o zaskakujących zjawiskach atmosferycznych.

Najważniejsza z legend mówi o pamiętnych wydarzeniach z 1241 r., kiedy to skośnooka, żądna krwi wataha tatarskich wojowników otoczyła Wrocław. Przeor Czesław wraz ze zgromadzonym ludem padł na kolana i wzniósł ku Bogu nabożną pieśń. Chwilę później niebiosa rozgorzały czerwoną łuną. Przerażeni Tatarzy ujrzeli zmierzający ku nim ognisty deszcz, cudem omijający zgromadzonych na Ostrowie Tumskim Ślązaków. Agresorzy rzucili się do Odry, gdzie dokonali swojego żywota. Fale rzeki zarumieniły się od tatarskiej krwi, Wrocław zaś został oszczędzony. Ów pobożny przeor Czesław był ponoć także wybawicielem klasztoru św. Wojciecha podczas wielkiego pożaru w 1570 r. Przypisywano mu sprowadzenie deszczu (tym razem zupełnie konwencjonalnego) na trawiony płomieniami dach budynku.

W 1342 r. pewna zakonnica z kościoła św. Maurycego widziała nad Wrocławiem archanioła z mieczem w ręce, który ciskał w miasto ognistymi węglami, powodując tym samym gwałtowne pożary. Miała być to kara boska za znieważenie biskupa Nankiera przez króla Jana Luksemburskiego. Ponad 200 lat później ognisty deszcz nawiedził Psie Pole - ot tak, bez wyraźnego powodu. Kroniki odnotowały wiadomość, że osmalił on brody odrzańskim rybakom i zniszczył suszące się przy rzece ubrania. W tym samym dniu, 27 czerwca 1551 r., chmury nad Osobowicami przyniosły deszcz spływający kroplami krwi...

Wiemy już, czym ciskały w nas archanioły, pora więc na parę słów o diable. Otóż diabeł wedle wielu podań lubił czasem oderwać głaz od Ślęży i rzucić go w stronę Wrocławia. Kierowała nim zazwyczaj złość na widok majestatycznej wieży kościoła św. Elżbiety, nigdy jednak nie zdołał dorzucić głazu do celu. Raz odleciało mu kopyto, raz ksiądz przeszkodził mu głośnym "Amen" wypowiedzianym na mszy. Jeden z takich diabelskich kamieni do 1740 roku spoczywał na Klecinie, niestety rozbito go na kawałki przy pomocy prochu.

Źródła

  • Kwaśniewski, K. – Legendy i podania wrocławskie i dolnośląskie, Poznań 2010.
  • Grafika przedstawia obraz "Fire of the cathedral to Breslau" pędzla Philipa Antona Bartscha.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Uprzejmie proszę o nie przesyłanie w komentarzach SEO-spamu.