Pokazywanie postów oznaczonych etykietą legendy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą legendy. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 10 czerwca 2012

Wiazdny Dom Pod Złotym Berłem

Józef Wybicki

Józef Wybicki siedział zamyślony nad kartką papieru. Choć układanie słów w wiersze i przemowy było dla niego chlebem powszednim, nie potrafił wydusić z siebie ani jednego zdania. Powoli i mozolnie redagował list do swojej żony, która wskutek cesarskich intryg nie mogła zamieszkać razem z nim we Wrocławiu. Krople potu spadały miarowo na podłogę dusznego poddasza. Wybicki z wielkim żalem sączył ponure myśli, raz po raz przywoływał swoje wielkie porażki. Wojenna machina wielkich mocarstw całkowicie pozbawiła go złudzeń o odzyskaniu przez Polskę niepodległości. Siedział teraz w ciasnym pokoju zajazdu, upokorzony, z dala od rodziny i przyjaciół. Z apatii wyrwał go radosny krzyk jego synów, Józefa i Łukasza. Wiedziony nieoczekiwanym porywem optymizmu chwycił za pióro i napisał przewrotnie:
„Bo już w tej nowej mojej posesji mieszkam i jestem bardzo dobrze przy moim zdrowiu, bo żaden pedogrzysta, suchotnik i elegant do mnie się pod dach nie wgrzebie”

niedziela, 4 grudnia 2011

Opowieści z krypty



Tajemnice i legendy od zawsze rozpalały ludzkie umysły, zwłaszcza, gdy nie królował jeszcze na świecie kult sceptycyzmu i nauki. Z pokolenia na pokolenie przekazywano fascynujące historie o potworach i zjawach, które - wymyślane dla niepokornych dzieci i spragnionych wrażeń słuchaczy - szybko zaczynały żyć własnym życiem. Owe wytwory lęku i wyobraźni nie ominęły również Wrocławia, co więcej - miasto o burzliwych dziejach stanowiło podatny grunt dla nadprzyrodzonych opowieści. Zapraszam dziś do jeżącej włos na głowie podróży śladami wrocławskich duchów i widm :-).

poniedziałek, 15 sierpnia 2011

Deszcze niespokojne

Wrocław jest na tle całej Polski miastem ciepłym i słonecznym, czasem jednak zamienia się w prawdziwą krainę deszczowców. Pierwsze znane przekazy mówią o zalaniu przez Odrę Ostrowa Tumskiego w 1179 r. Roczniki śląskie wspominają o "krwawej fali" z 1270 r., która zatapiała na swojej drodze pola, lasy i wsie. Na przestrzeni tysiąclecia mieszkańcy Wrocławia niejednokrotnie walczyli z kapryśną aurą, zamieniającą leniwe rzeki w szalony żywioł. Uwierzycie jeśli powiem, że powodzie to tylko jeden z rodzajów katastrof powodowanych w mieście przez deszcze? Stare, wrocławskie legendy raz po raz wspominają o zaskakujących zjawiskach atmosferycznych.

Najważniejsza z legend mówi o pamiętnych wydarzeniach z 1241 r., kiedy to skośnooka, żądna krwi wataha tatarskich wojowników otoczyła Wrocław. Przeor Czesław wraz ze zgromadzonym ludem padł na kolana i wzniósł ku Bogu nabożną pieśń. Chwilę później niebiosa rozgorzały czerwoną łuną. Przerażeni Tatarzy ujrzeli zmierzający ku nim ognisty deszcz, cudem omijający zgromadzonych na Ostrowie Tumskim Ślązaków. Agresorzy rzucili się do Odry, gdzie dokonali swojego żywota. Fale rzeki zarumieniły się od tatarskiej krwi, Wrocław zaś został oszczędzony. Ów pobożny przeor Czesław był ponoć także wybawicielem klasztoru św. Wojciecha podczas wielkiego pożaru w 1570 r. Przypisywano mu sprowadzenie deszczu (tym razem zupełnie konwencjonalnego) na trawiony płomieniami dach budynku.

W 1342 r. pewna zakonnica z kościoła św. Maurycego widziała nad Wrocławiem archanioła z mieczem w ręce, który ciskał w miasto ognistymi węglami, powodując tym samym gwałtowne pożary. Miała być to kara boska za znieważenie biskupa Nankiera przez króla Jana Luksemburskiego. Ponad 200 lat później ognisty deszcz nawiedził Psie Pole - ot tak, bez wyraźnego powodu. Kroniki odnotowały wiadomość, że osmalił on brody odrzańskim rybakom i zniszczył suszące się przy rzece ubrania. W tym samym dniu, 27 czerwca 1551 r., chmury nad Osobowicami przyniosły deszcz spływający kroplami krwi...

Wiemy już, czym ciskały w nas archanioły, pora więc na parę słów o diable. Otóż diabeł wedle wielu podań lubił czasem oderwać głaz od Ślęży i rzucić go w stronę Wrocławia. Kierowała nim zazwyczaj złość na widok majestatycznej wieży kościoła św. Elżbiety, nigdy jednak nie zdołał dorzucić głazu do celu. Raz odleciało mu kopyto, raz ksiądz przeszkodził mu głośnym "Amen" wypowiedzianym na mszy. Jeden z takich diabelskich kamieni do 1740 roku spoczywał na Klecinie, niestety rozbito go na kawałki przy pomocy prochu.

Źródła

  • Kwaśniewski, K. – Legendy i podania wrocławskie i dolnośląskie, Poznań 2010.
  • Grafika przedstawia obraz "Fire of the cathedral to Breslau" pędzla Philipa Antona Bartscha.

sobota, 19 marca 2011

Opactwo z głębin ołbińskiego stawu

Na wrocławskim Ołbinie, w pobliżu ziejącego grozą zamczyska Wydziału Architektury, znajduje się neogotycki kościół św. Michała Archanioła. Strzelista wieża kościoła prezentuje swoje odbicie w niewielkim, parkowym stawie. Przedwojenni wrocławianie przekazywali z ust do ust legendę o znajdującym się tu bogatym klasztorze. Jego rozległe dobra sięgały po horyzont, ogromne daniny składane przez zniewoloną ludność coraz bardziej ugruntowywały jego potęgę. Dostatnie życie szybko sprowadziło tutejszych mnichów na drogę rozpusty i łakomstwa. Niebiosa ze zgrozą obserwowały zepsucie duchownych. Gdy pewnego razu kończyli suto zakrapianą ucztę, ziemia rozstąpiła się i pochłonęła cały klasztor, powstałą w ten sposób rozpadlinę wypełniła woda. Odtąd biada temu, kto zechce owe miejsce osuszyć.

Wspomniane legenda zawiera ziarno prawdy. Na Ołbinie już od XII wieku istniało benedyktyńskie opactwo św. Wincentego. Ufundował je możnowładca Piotr Włostowic (który, nawiasem mówiąc, sporo nagrzeszył i w ramach pokuty musiał wznieść 77 kościołów). Dzięki rozległym koneksjom Włostowica zakonnicy otrzymali od władzy liczne dobra i przywileje. Już pod koniec XII w. usunięto z klasztoru benedyktynów (jak się można domyślić - mieli poważne problemy z dotrzymaniem zakonnej dyscypliny) i na ich miejsce sprowadzono norbertanów.

Opactwo rozbudowywało się z niespotykanym rozmachem, jego romańskie bryły wynosiły się nawet ponad wyrastające we Wrocławiu gotyckie wieże. Klasztor bardzo szybko stał się solą w oku miejskich rajców. Po pierwsze był obsadzony w dużej mierze przez Polaków, co stanowiło zadrę w budującej się tożsamości państwowej Śląska. Po drugie, jego katolicki charakter przeszkadzał rozpoczynającej swój pochód reformacji. Gdy nad Europą zawisła groźba najazdu tureckiego, władze na czele z Heinrichem Rybishem postanowiły zadać zakonnikom ostateczny cios. Pod pretekstem zwiększenia zdolności obronnych miasta (otoczony murami klasztor stanowił "konkurencję" dla niewielkiego wówczas Wrocławia, przez co mógł być wykorzystany jako przyczółek do ataku) zadecydowano o rozbiórce wszystkich budowli ołbińskiego opactwa. Ich elementy zostały wykorzystane m.in. przy budowie domu Rybischa, znajdującego się przy dzisiejszej ul. Ofiar Oświęcimskich. Najbardziej imponującą pozostałością klasztoru jest niewątpliwie portal ołbiński, wmurowany w ścianę kościoła św. Marii Magdaleny.

Burzenie opactwa odbywało się w atmosferze sztucznie napędzanego strachu przed Turkami. W błyskawicznym tempie bezpowrotnie zniszczono bezcenne zabytki, zbezczeszczono też nagrobki fundatorów - Piotra Włostowica i jego małżonki (głowy zmarłych posłużyły robotnikom do gry w kręgle...). Tak zakończyła się smutna historia lokalnego bastionu polskości.

Zdjęcie pochodzi z serwisu wroclaw.hydral.com.pl

Staw znajduje się pomiędzy budynkiem Wydziału Architektury (E1) Politechniki Wrocławskiej a kościołem św. Michała Archanioła, w Parku Stanisława Tołpy. Dojeżdżają tam zarówno tramwaje, jak i autobusy. Na rogu ulic Wyszyńskiego i Prusa znajdował się niegdyś drugi staw, który nie dotrwał do naszych czasów. Być może to właśnie jego dotyczyła wspomniana we wstępie posta legenda.

sobota, 29 stycznia 2011

Wrocław w chmurach

Dzisiejszy Wrocław to metropolia słynąca ze swoich ambicji. Ich ukoronowaniem jest niewątpliwie Sky Tower, jeden z najwyższych budynków Europy, który już za rok zawładnie śląskim niebem. Mało kto zdaje sobie sprawę, że na przestrzeni wieków miasto sięgało już niejednokrotnie do chmur. Strzeliste, gotyckie wieże towarzyszyły Wrocławiowi od początków jego istnienia. Świadczyły o bogactwie i wysokiej randze grodu nad Odrą. Być może zaciekawi Was niniejszy artykuł dotyczący wysokościowych aspiracji miasta.

Kościół św. Elżbiety

W XV wieku wrocławskie mieszczaństwo odczuwało nieodpartą potrzebę wywyższenia się ponad opływający w bogactwo kler. Symbol kościelnej władzy stanowiła niewątpliwie wspaniała katedra św. Jana, której zawieszone na wysokości stu metrów hełmy widać było w całej okolicy. Mieszkańcy miasta postanowili dać prztyczek w nos biskupiej władzy, sfinansowali w tym celu wieżę dla kościoła św. Elżbiety. Była to wieża wyjątkowa, mierzyła bowiem 130 m, plasując się w czołówce najwyższych budowli świata (koronę wysokości dzierżyła od 1439 r. 142-metrowa katedra w Strasburgu).

Oczywiście nic, co dobre nie trwa wiecznie. W 1525 r. świątynię św. Elżbiety przejęli ewangelicy (jeśli wierzyć podaniom – wskutek wygranej gry w kości). Kilka lat później potężny hełm wieży został zniszczony przez wichurę. Katolicy interpretowali to zdarzenie jako karę boską, zrzuconą na innowierców. Protestanci zaś za cud uznali fakt, że w katastrofie ucierpiał jedynie kot oraz naręcze kufli piwa, niesionych do jednej z gospód. Od tej pory wieża jest znacznie niższa. Gdyby nie doszło do zniszczenia hełmu, znajdowałaby się dziś na 14. miejscu pośród najwyższych wież kościołów na świecie.

Nadzwyczajna strzelistość świątyni od zawsze oddziaływała na wyobraźnię mieszkańców. Rozmieszczone dookoła maleńkie domy księży-altarystów potęgowały obłędne wrażenie wysokości. Stała się przedmiotem wielu legend, w tym jednej niezwykle ciekawej, opisanej przez Krzysztofa Kwaśniewskiego:

Dawnymi czasy pewna młoda kobieta zdobyła serce dzielnego i uczciwego chłopca. Ten poślubił ją i dał jej wszystko, w zamian jednak doznał nieopisanej udręki. Jego nowa żona trwoniła bez opamiętania wspólny majątek, doprowadzając w końcu zrozpaczonego męża do samobójstwa. Rozpustne życie przywiodło ją pewnego dnia do krawędzi, gdy jeden z kochanków zbiegł, kradnąc wszystkie jej pieniądze i kosztowności. Kobieta postanowiła poprzez chciwość i oszustwo odzyskać utracone dobra. W swoim kramie na Rynku bezczelnie zwodziła klientów, słynęła w całym mieście z niesłychanego skąpstwa. Gdy jej żywot dobiegł końca, skumulowane w sercu zło nie pozwoliło odejść jej duszy w pokoju. Każdej nocy powstawała z grobu, zostawiała na nim swój całun i udawała się do kramu. Tam, mdlejąc z wysiłku, mierzyła wciąż to nowe bele płótna. Pewnego razu zauważył ją strażnik z wieży kościoła św. Elżbiety. Postanowił rozprawić się ze zjawą i starym zwyczajem, gdy wyszła już na swą nocną wędrówkę, zabrał z jej mogiły całun. Rozwścieczona zmarła, nie mogąc powrócić do grobu, zaczęła wspinać się zajadle po wieży kościoła, wygrażając strażnikowi. Mężczyznę ogarnął blady strach, zaś spieniona twarz i obłędne ślepia coraz bardziej zbliżały się do szczytu. Gdy paskudne, oślizgłe łapy chwytały już za okno, wybiła godzina pierwsza. Zjawa rozluźniła uścisk i runęła w dół, na następny dzień znaleziono na dole zniekształcone truchło.

Kościół Marcina Lutra

W 1911 r. na przepięknej wówczas Kaiserstraße (tak, zgadza się, to dzisiejszy Plac Grunwaldzki) ukończono budowę 90-metrowej wieży kościoła Marcina Lutra. Górowała ona w tej części miasta do feralnego 1945 r., kiedy to Niemcy zburzyli reprezentacyjną dzielnicę i zamienili ją kosztem życia wielu ludzi w wojskowe lotnisko. Pierwsi polscy osadnicy zobaczyli tam tylko ogromną pustkę. W miejscu strzelistego kościoła Lutra zbudowano w całkiem zacnym stylu budynki D1 i D2 Politechniki. Dzisiejszy Plac Grunwaldzki wygląda już zupełnie inaczej, przedwojenny stylowy bulwar zamienił się w przestrzeń ociekającą szkłem i stalą. Cóż, świat idzie naprzód :).

Katedra św. Jana

Nie sposób nie powiedzieć ani słowa o wrocławskiej katedrze. Jej wieże nie zawsze były bliźniacze – w XV w. ukończono wieżę północno-zachodnią wraz z hełmem, południowo-zachodnia miała wówczas jedynie cztery kondygnacje. Trudno określić początkową wysokość świątyni, oscylowała zapewne w granicach 90-100 m. Dzisiejsze hełmy pochodzą z 1991 roku, ich kształt zmieniał się na przestrzeni wieków wskutek wojen, żywiołów i szaleństw miejskich architektów.

W ścianie południowej wieży widoczna jest kamienna głowa, o twarzy wykrzywionej bolesnym grymasem. Legendy mówią o zuchwałym złoczyńcy, który utknął wyglądając przez okienko katedry. Istnieją też podania o strażniku, który zginął w tym miejscu w pożarze świątyni. Szara rzeczywistość odrzuca takie wytłumaczenia i skłania się ku teorii o wizerunku złego ducha, wmurowanym dla jego unieszkodliwienia.

...i dziesiątki innych

Magię gotyckich wież i związanych z nimi legend zakłóca nieco pewien prozaiczny fakt – otóż najwyższą budowlą Wrocławia jest w tej chwili 180-metrowy komin elektrociepłowni przy ul. Łowieckiej. Warto wspomnieć, że w czasie stanu wojennego pewien śmiałek zadał sobie trud i zawiesił na nim flagę Solidarności. Z drugiej strony – interesującą zdobycz komunizmu stanowi Iglica, stalowy słup wysokości 96 metrów ustawiony w 1948 r. obok Hali Ludowej w związku z odbywającą się tam "Wystawą Ziem Odzyskanych". Konstrukcja ta wyglądała wówczas zupełnie inaczej – była znacznie wyższa, szczytowy segment zakończono pokaźną, obrotową tarczą z lustrami, mającą w zamyśle dawać niesamowite efekty świetlne (w rzeczywistości tarcza dosyć szybko spadła na ziemię). Na dole towarzyszyły iglicy stalowe łuki. Co ciekawe, podobnie jak komin, posłużyła opozycjonistom za miejsce zawieszenia solidarnościowego sztandaru.

Mógłbym pisać bez końca o wrocławskich wieżach, ale na dziś może wystarczy :-). Na deser zostawiam sobie tajemniczy mostek czarownic na kościele Marii Magdaleny, Wam polecam artykuł o świątyni św. Mikołaja, w swoim czasie będącej najwyższym punktem miasta. Pozostaje mieć nadzieję, że inicjatywy pokroju Sky Tower przypomną światu o potędze stolicy Dolnego Śląska.

Zdjęcia Iglicy i kościoła Marcina Lutra pochodzą z serwisu wroclaw.hydral.com.pl, publikuję je na zasadach dozwolonego użytku. Grafika z upadkiem hełmu wieży kościoła św. Elżbiety znajduje się we wrocławskim Muzeum Architektury.

piątek, 24 września 2010

Pechowe dzieje kościoła św. Mikołaja

Czy bylibyście skłonni uwierzyć, że istnieją miejsca przyciągające do siebie nieszczęścia i katastrofy? Wrocław przetrwał niezliczone wojny, raz po raz przechodził pod obce panowanie. Nieomal zniknął z powierzchni ziemi, zakleszczony pomiędzy hitlerowcami, a sowiecką nawałnicą. Większość tragicznych zdarzeń znalazło swój wspólny mianownik w niewinnej wiosce na dzisiejszym Przedmieściu Mikołajskim.

Już od najdawniejszych czasów życie w pobliżu zachodnich granic Wrocławia toczyło się wokół kaplicy św. Mikołaja. Spoglądała ona swoją drewnianą bryłą na powiewające płótna tkaczy, na krążące w powietrzu sokoły, tresowane do królewskich polowań. Służyła też za azyl dla rybaków, którymi opiekował się jej patron. Sielskie łąki, okalające tutejsze wsie, za kilkaset lat miały zamienić się w wielkomiejskie centrum. Niestety postępująca urbanizacja, zamiast nieść mieszkańcom przedmieść zdobycze cywilizacji, ściągnęła na nich szereg niewyobrażalnych katastrof. Bliskość miejskich murów, a jednocześnie znajdowanie się poza ich obrębem oznaczało w praktyce oddanie mikołajskich wsi na pastwę wojennych wrogów. Pierwsze zniszczenia nadeszły w 1241 roku, kiedy to Mongołowie zamienili Śląsk w buchające płomieniami pogorzelisko. Drewniane zabudowania, w tym i kapliczka, nie oparły się żywiołowi ognia. Powstawały z gruzów aż do połowy XIII wieku. Na zgliszczach starej świątyni ufundowano wówczas wspaniały, gotycki kościół.

Nowa budowla przetrwała ponad dwieście lat. W niespokojnym okresie wojen religijnych jej katolicki charakter stał się solą w oku husytów. Podczas jednego z ich najazdów w 1428 r. kościół św. Mikołaja znów obrócił się w ruinę. Z racji, iż podlegał bezpośrednio biskupowi, jego odbudowa była zapewne kwestią prestiżu wrocławskich katolików, wypieranych z całego Śląska. Kolejne wcielenie świątyni konsekrowano kilkadziesiąt lat później, powoli stawała się ona bastionem kontrreformacji.

W 1503 r. miała miejsce ciekawa historia, powtarzana do dziś we wrocławskich legendach (odsyłam tu do książki Krzysztofa Kwaśniewskiego). Otóż pewnego pogodnego poranka nad brzegiem Odry zebrała się grupka gapiów, obserwująca inkwizytorów "pławiących" domniemaną czarownicę. Biedna kobiecina, odziana w hańbiący, czerwony płaszcz, szarpała się i krzyczała - czekała ją bowiem pewna śmierć. Przypomnę, że "pławienie" polegało na wrzuceniu skrępowanej ofiary do wody i obserwowaniu jej zachowania. Jeśli utrzymywała się na powierzchni - uznawano ją za wiedźmę i palono na stosie. Jeśli tonęła (a dodam, że szanse na jej odratowanie były niewielkie) - cofano zarzuty... Miejski kat wypłynął łódką na środek rzeki i wtoczył kobietę w wartki nurt. Jej płaszcz, zamiast skierować się na dno, rozpostarł się szeroko po wodzie. Zgromadzeni wokół ludzie wznieśli zdumione okrzyki "Nie tonie, nie tonie!". Gdy orszak mieszczan dotarł już przed kościół na Przedmieściu Mikołajskim, fale zaczęły wynosić swój ciężar ku brzegowi, pozostawiając zziębnięte, ale wciąż żywe ciało na piaszczystej mieliźnie. Sędzia uznał to za cud i oczyścił oskarżoną z zarzutów. W łzach radości kobiety nieliczni mogli dostrzec oddalającego się św. Mikołaja...

Mikołajski kościół wciąż rósł na znaczeniu. Okalający go cmentarz stał się niezwykle ważną nekropolią z uwagi na fakt, że król Prus zakazał w 1776 roku pochówku w obrębie miejskich murów. Niestety burzliwe dzieje europejskich monarchii przyniosły kolejną wojnę, tym razem z niezwyciężonymi wojskami Napoleona. Co ciekawe, siewcami zniszczeń wokół Wrocławia nie byli tym razem wrogowie. To włodarze miasta nakazali zastosowanie taktyki "spalonej ziemi", której centralnym punktem stało się wyburzenie niewygodnego z punktu widzenia obrony kościoła św. Mikołaja.

Przez wiele lat pozostałości świątyni służyły jako kaplica cmentarna. Kres temu smutnemu okresowi przyniosła decyzja o budowie nowego, neogotyckiego kościoła. W 1883 r. konsekrowano ołtarz budowli, jakiej Wrocław jeszcze nie widział. Strzelista wieża przecinała chmury, tworząc najwyższy punkt miasta. Wokół powstawały wspaniałe ulice i budynki, uznawane przez wiele lat za perłę stolicy Śląska. Raz za razem wzrastały nowe kwartały kamienic, a w nich urokliwe sklepy i restauracje. Wydawało się, że zła passa Przedmieścia Mikołajskiego jest już przeszłością...

Nic jednak nie trwa wiecznie. Kres dynamicznemu rozwojowi położyła zawierucha II wojny światowej. W 1945 roku radzieckie wojska doszczętnie zniszczyły Wrocław, w tym i kościół św. Mikołaja. Ruiny świątyni dotrwały do lat 50., kiedy to zostały wysadzone pod pretekstem groźby zawalenia. Pozostał jedynie pusty, głuchy plac. Dziś o jego dziejach przypomina już tylko krzyż, osamotniony między posępnymi bryłami z wielkiej płyty. Gdy zatrzyma Cię tam kiedyś zaduma, popatrz na ten skwerek i zobacz oczami wyobraźni strzelistą wieżę i złowieszcze, ceglane wnętrze. A gdy już napełnisz się brzmieniem gotyku zauważ masywne drzewo, rosnące za krzyżem. Skrywa ono ponoć grób zakonnicy, ostatni, zapomniany już punkt mikołajskiego cmentarza...

Kościół św. Mikołaja znajdował się na placu św. Mikołaja, na dzisiejszym Szczepinie. Można tam dojść w kilka minut od Placu Solidarności, bądź dojechać którymś z autobusów zahaczających o północny zachód Wrocławia (135, 127...). Na miejscu znajduje się krzyż. Dziwny kształt placu zawdzięczamy komunistom, którzy przy okazji remontu ul. Zachodniej dokonali kilku "ulepszeń", zapobiegając budowie kolejnej świątyni.

niedziela, 15 sierpnia 2010

Kozanowskie rzeźby

Wrocławski Kozanów znany jest w całej Polsce przede wszystkim ze względu na katastrofalne w skutkach powodzie. Ja jednak chciałbym pozostawić na chwilę na boku wszelakie klęski i opowiedzieć o czymś naprawdę wyjątkowym. O subtelności, która niszczeje skąpana w osiedlowej zieleni.

Owa subtelność to niepozorna rzeźba przy ulicy Kozanowskiej. Już od pierwszego spojrzenia budzi w przechodniach niepokój. Logika podpowiada, że to matka trzymająca swoje niemowlę. Ja mam jednak zupełnie inne skojarzenie. Zastanawiam się wręcz, czy moja interpretacja wynika z jakiegoś szalonego zbiegu okoliczności, czy też z celowych zabiegów autora.
Od niepamiętnych czasów wiejskie wierzenia ludowe, przekazywane z pokolenia na pokolenie, trwały w umysłach ludzkich, nietknięte nawet przez ekspansywne chrześcijaństwo. Gdy nadchodził czas żniw, całe rodziny wyruszały na pola zbierać owoce swojej pracy. Jak co roku dokuczał im letni skwar, falujące powietrze wdzierało się do nozdrzy, ścięte zboże zaś upadało dostojnie na usłaną ostrymi cieniami ziemię. W południe, kiedy temperatura sięgała już zenitu, nad rozgrzanymi polami pojawiały się piaskowe wiry. Rolnicy zobaczywszy je uciekali w popłochu w zacienione miejsce, aby przeczekać największy upał. Wiedzieli doskonale, że wir może być zwiastunem groźnego demona – południcy. Demon ów przybierał w słowiańskich kulturach najróżniejsze formy. Polskie podania mówią o młodej kobiecie ubranej na biało, Czesi wyobrażali ją sobie jako starą, okropną wiedźmę. Pojawiała się około godziny dwunastej, srogo karząc za pracę lub zabawę w pełnym słońcu. Dorosłych dusiła, łamała im kości i ucinała głowy. Dzieci pożerała lub porywała, porzucając z dala od pola. Według niektórych wierzeń lubiła zadawać zagadki, mszcząc się złośliwie na ludziach nie znających odpowiedzi. Czasami karą było tylko iskanie jej zwichrzonych włosów, a czasami wymyślna śmierć...
Powracając do Kozanowa – szczerze zdziwił mnie fakt, że rzeźba stoi na skraju placu zabaw. Południce atakowały dzieci właśnie na miedzach lub granicach pól, do dziś zresztą panuje przesąd, że nie wolno tam stawiać wózków i kołysek. W dodatku twarz kobiety z rzeźby jest – delikatnie mówiąc – mało przyjazna. Być może przedstawia dawnego demona? Być może ta postać wcale nie trzyma swojego dziecka? Słowiański wydźwięk pozostałych drewnianych pomników w okolicy zdaje się potwierdzać, że w całych tych rozmyślaniach może być ziarnko prawdy.
Tak na marginesie – wiele posiadanych przez nas informacji o południcach zgromadził czeski pisarz i etnograf – Karel Jaromír Erben. W 1853 roku wydał zbiór ballad "Kytice z pověstí národních". Niestety nie udało mi się znaleźć polskiego przekładu, możecie jednak obejrzeć fragment ekranizacji (chyba nie doczekamy czasów, kiedy nasze lektury zaczną być przenoszone na ekran z takim rozmachem i fantazją...).


Rzeźba stoi na trawniku, schowana za krzewami przy ulicy Kozanowskiej. Nieopodal znajduje się pętla autobusowa "Kozanów". Wystarczy przejść przez przejście dla pieszych w stronę rzędu biało-różowo-niebieskich wieżowców. Na Hydralu znalazłem więcej zdjęć kozanowskich rzeźb, jednak na razie nie miałem czasu na ich szerzej zakrojone poszukiwania.