Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kozanów. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kozanów. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 2 grudnia 2013
Ruhe in Frieden – po raz wtóry
Postanowiłem wczoraj jeszcze raz obfotografować tereny obok przystanku Modra przy ul. Pilczyckiej. Od wielu lat zalegały tam stare, niemieckie płyty nagrobne ze zlikwidowanego w latach 70. cmentarza komunalnego. Co więcej, po wojnie było to anonimowe miejsce pochówku tysięcy Niemców, zapomniane i zarośnięte aż do masowej ekshumacji w 1998 roku. W 2012 roku podczas budowy trasy Tramwaju Plus ponownie wycięto wszechobecne krzewy i zarośla, posprzątano też zalegające wokół tony śmieci. Część nagrobków usunięto, reszta jednak pozostała – nie wiedzieć czemu – na swym dawnym miejscu. Już w drodze z przystanku zaskoczył mnie widok dwóch kamiennych płyt z niemieckimi inskrypcjami.
Etykiety:
cmentarze,
kontrowersje,
kozanów
niedziela, 27 listopada 2011
O tych, którzy już nie wrócą
Ostatnio odwiedziłem raz jeszcze teren dawnego cmentarza bohaterów, opisywanego przeze mnie kilka postów wcześniej. Zauważyłem bowiem, że przy okazji remontu ul. Pilczyckiej zniknęła stojąca tam od zarania dziejów przyczepa. Okoliczne chaszcze ogarnięto, robotnicy załadowali też na ciężarówkę część leżących dookoła niemieckich płyt nagrobnych. Na miejscu pozostał nieco już mniejszy stos potłuczonych resztek pobliskich nekropolii, pojawiła się więc okazja do zbadania tego, co od lat pozostawało zakopane pod stertą kamiennego gruzu. Światło dzienne ujrzały kolejne, uwiecznione gotykiem nazwiska przedwojennych wrocławian. Postanowiłem sprawdzić w archiwach historię ich życia, uratować od zapomnienia to, co zostało już niemal utracone. Udało mi się trafić na ślad Ottilie Winkler i Theresie Stahr, za pomoc posłużył mi Hydral i stare księgi adresowe.

Pierwszą z bohaterek tego postu jest Ottilie Winkler z domu Maschner, woźna (albo dozorczyni - jakkolwiek tłumaczyć Hausmeisterin), która zmarła w 1935 r. Mieszkała przy dzisiejszej ul. Braniborskiej 67 (Berliner Str.). Prowadziła bardzo skromny żywot w przyziemiu oficyny, można domyślać się, że warunki jej zakwaterowania były fatalne. Lata 30. to czas wielkich kontrowersji odnośnie jakości życia w kamienicowych przybudówkach, na domiar złego budownictwo na Przedmieściu Mikołajskim nie słynęło z luksusów, a raczej z gnieżdżenia się ludzi na absurdalnie małych powierzchniach. Sytuacji nie poprawiała zapewne bliskość wielkiego rozjazdu kolejowego, na którym parowe lokomotywy głośno podkreślały swoją niepodzielną potęgę...

Ottilie była kobietą zamężną, książka adresowa wymienia zaś pod numerem 67 tylko jedną osobę o nazwisku Winkler. Być może została na świecie sama - skromność jej nagrobka sugeruje pochówek komunalny, przeprowadzony przez miasto. Udało mi się odnaleźć jej kamienicę na mapie i częściowo na zdjęciu lotniczym, niestety dziś nie ma już śladu po dawnej zabudowie. Wojna zmiotła ze swojej drogi oficynę frau Winkler, na jej miejscu stoi pawilon usługowy. Dawne czasy możemy odtworzyć już tylko w wyobraźni - podreptać śladami Ottilie pośród ściśniętych gęsto fasad Berliner Strasse, w cieniu ogromnych wież kościoła św. Pawła...
Druga z bohaterek to Theresia Stahr. Jej płyta nagrobna jest poważnie uszkodzona, ale zdobienia sugerują osobę nieco zamożniejszą. Książka adresowa wymienia Theresię jako emerytkę, mieszkającą na samym początku ul. Obornickiej (Obernigker Strasse), pod numerem 2. Jej mieszkanie znajdowało się na piętrze niewielkiego domu. Tuż obok Paul Seliger przez ponad 20 lat prowadził niewielką gospodę z letnim ogródkiem.

Theresia zapewne spędzała ciepłe popołudnia w błogiej, przedmiejskiej ciszy, przerywanej stukaniem kufli i głośnymi dyskusjami. Dziś w tym miejscu znajduje się parking wielkiego blokowiska, postęp urbanizacji zamienił spokojną dzielnicę w krainę betonowych wieżowców. Tak oto po kolejnej osobie pozostało jedynie wspomnienie wyryte gotykiem na rzuconym w kąt kamieniu...
* Kolaż zdjęć jest mojego autorstwa, w górnym rzędzie widać przewrócony krzyż i nagrobek Theresii Stahr, w dolnym nagrobek Ottilie Wiknler i alejkę cmentarza wojskowego. Pozostałe 2 zdjęcia pochodzą ze stron Wratislaviae Amici. Dane sprawdzałem w książkach adresowych z lat 1915, 1927, 1935, 1937 i 1941, lokalizacje na zdjęciach ustalałem metodami rodem z CSI: Breslau. Nie jestem pewien co do ulicy Obornickiej - gospoda miała numer 4 a numeracja szła w lewo, więc teoretycznie widoczny na zdjęciu dom ma numer 2. Trafność doboru nazwisk z książki adresowej oceniam na 80%.
Pierwszą z bohaterek tego postu jest Ottilie Winkler z domu Maschner, woźna (albo dozorczyni - jakkolwiek tłumaczyć Hausmeisterin), która zmarła w 1935 r. Mieszkała przy dzisiejszej ul. Braniborskiej 67 (Berliner Str.). Prowadziła bardzo skromny żywot w przyziemiu oficyny, można domyślać się, że warunki jej zakwaterowania były fatalne. Lata 30. to czas wielkich kontrowersji odnośnie jakości życia w kamienicowych przybudówkach, na domiar złego budownictwo na Przedmieściu Mikołajskim nie słynęło z luksusów, a raczej z gnieżdżenia się ludzi na absurdalnie małych powierzchniach. Sytuacji nie poprawiała zapewne bliskość wielkiego rozjazdu kolejowego, na którym parowe lokomotywy głośno podkreślały swoją niepodzielną potęgę...
Ottilie była kobietą zamężną, książka adresowa wymienia zaś pod numerem 67 tylko jedną osobę o nazwisku Winkler. Być może została na świecie sama - skromność jej nagrobka sugeruje pochówek komunalny, przeprowadzony przez miasto. Udało mi się odnaleźć jej kamienicę na mapie i częściowo na zdjęciu lotniczym, niestety dziś nie ma już śladu po dawnej zabudowie. Wojna zmiotła ze swojej drogi oficynę frau Winkler, na jej miejscu stoi pawilon usługowy. Dawne czasy możemy odtworzyć już tylko w wyobraźni - podreptać śladami Ottilie pośród ściśniętych gęsto fasad Berliner Strasse, w cieniu ogromnych wież kościoła św. Pawła...
Druga z bohaterek to Theresia Stahr. Jej płyta nagrobna jest poważnie uszkodzona, ale zdobienia sugerują osobę nieco zamożniejszą. Książka adresowa wymienia Theresię jako emerytkę, mieszkającą na samym początku ul. Obornickiej (Obernigker Strasse), pod numerem 2. Jej mieszkanie znajdowało się na piętrze niewielkiego domu. Tuż obok Paul Seliger przez ponad 20 lat prowadził niewielką gospodę z letnim ogródkiem.
Theresia zapewne spędzała ciepłe popołudnia w błogiej, przedmiejskiej ciszy, przerywanej stukaniem kufli i głośnymi dyskusjami. Dziś w tym miejscu znajduje się parking wielkiego blokowiska, postęp urbanizacji zamienił spokojną dzielnicę w krainę betonowych wieżowców. Tak oto po kolejnej osobie pozostało jedynie wspomnienie wyryte gotykiem na rzuconym w kąt kamieniu...
* Kolaż zdjęć jest mojego autorstwa, w górnym rzędzie widać przewrócony krzyż i nagrobek Theresii Stahr, w dolnym nagrobek Ottilie Wiknler i alejkę cmentarza wojskowego. Pozostałe 2 zdjęcia pochodzą ze stron Wratislaviae Amici. Dane sprawdzałem w książkach adresowych z lat 1915, 1927, 1935, 1937 i 1941, lokalizacje na zdjęciach ustalałem metodami rodem z CSI: Breslau. Nie jestem pewien co do ulicy Obornickiej - gospoda miała numer 4 a numeracja szła w lewo, więc teoretycznie widoczny na zdjęciu dom ma numer 2. Trafność doboru nazwisk z książki adresowej oceniam na 80%.
sobota, 22 października 2011
Historia Iwana Połbina
Gdyby policzyć wszystkie istniejące na świecie legendy, krainą największych marzycieli okazałaby się zapewne sowiecka Rosja. Komunistyczny reżim nie przetrwał długo, pozostawił jednak za sobą tysiące opowieści o bohaterskich działaczach i żołnierzach. Świetnym przykładem radzieckiej legendy jest z pewnością Iwan Połbin, generał Armii Czerwonej, poległy nad Festung Breslau. Jego nazwisko do dziś nosi jedna z kozanowskich ulic - dlaczego nie zmieniło się to podczas szalonej dekomunizacji lat 90.?
Iwan Semenowicz Połbin urodził się w 1905 r. w więziennej celi. W najmłodszych latach uczęszczał do szkoły powszechnej i pracował jako pastuch. Nieco później wyjechał z rodzinnej miejscowości i zatrudnił się w charakterze robotnika na kolei. Wstąpił również do Komsomołu. Gdy w 1927 r. wcielono go do armii, wreszcie odnalazł swoje przeznaczenie. Szybko piął się na szczeblach kariery, w 1931 r. ukończył z wyróżnieniem wojskową szkoły pilotów w Orenburgu. Do końca życia odbył łącznie 157 lotów bojowych, z szeregowego żołnierza w niespełna 15 lat stał się generałem majorem Armii Czerwonej. Walczył na Bliskim Wschodzie, w bitwie stalingradzkiej oraz na ziemi sandomierskiej. W 1945 r. skierowano go nad Dolny Śląsk.
Czym wsławił się Połbin? Współpracownicy i podwładni z pewnością podziwiali jego porywczy charakter i odwagę. Nawet jako generał, pomimo wyraźnego zakazu, nadal odbywał loty bojowe. Nigdy nie pozostawił swoich pilotów w trudnych misjach, a przynajmniej tak rysowała jego postać sowiecka propaganda. Szalone pomysły taktyczne Połbina przeszły do historii lotnictwa, przypisuje się mu przede wszystkim pierwsze znane użycie bombowców do zestrzelenia wrogich samolotów (zazwyczaj zajmowały się tym myśliwce z eskorty). W październiku 1943 r. jego pułk zniszczył sześć niemieckich maszyn przy stracie trzech własnych. W ten sposób sowieckie pozycje uniknęły nieprzyjacielskich bombardowań. Już w 1942 r. Połbin uhonorowany był najwyższym tytułem Bohatera Związku Radzieckiego, trzy lata później otrzymał go po raz drugi. Niestety pośmiertnie.
Co takiego stało się w 1945 r. nad płonącym Breslau? 10 lutego 1945 r. odbyły się pierwsze radzieckie naloty na stolicę Dolnego Śląska. Następnego dnia piękna pogoda zachęciła stacjonującego w Brzegu Połbina do poprowadzenia pułku 9 bombowców nad podwrocławski Oporów. Wybrał drogę ponad miastem, liczył, że ukryje się w gęstym dymie buchającym z płonących budynków. Ta odważna decyzja okazała się zgubna dla niego i załogi, samolot Pe-2 został zauważony i zestrzelony przez działo stojące na ul. Fiołkowej, niedaleko dzisiejszego FAT-u. Maszyna eksplodowała, szczątków samego generała dotąd nie odnaleziono.
Dziś postać Iwana Połbina budzi poważne kontrowersje. Nie da się zaprzeczyć, że był jedynym w historii generałem, który poległ prowadząc bojowy lot. Przypisuje się mu również wiele innowacji w dziedzinie taktyki walki powietrznej. Czy powinniśmy jednak honorować żołnierza Armii Czerwonej poprzez nazwę kozanowskiej ulicy? Ten temat powraca od kilku lat jak bumerang. Dr Maciej Korkuć z krakowskiego IPN, specjalista w dziedzinie "lustrowania" ulic wypowiedział się, że:
Co o tym myślicie?
Iwan Semenowicz Połbin urodził się w 1905 r. w więziennej celi. W najmłodszych latach uczęszczał do szkoły powszechnej i pracował jako pastuch. Nieco później wyjechał z rodzinnej miejscowości i zatrudnił się w charakterze robotnika na kolei. Wstąpił również do Komsomołu. Gdy w 1927 r. wcielono go do armii, wreszcie odnalazł swoje przeznaczenie. Szybko piął się na szczeblach kariery, w 1931 r. ukończył z wyróżnieniem wojskową szkoły pilotów w Orenburgu. Do końca życia odbył łącznie 157 lotów bojowych, z szeregowego żołnierza w niespełna 15 lat stał się generałem majorem Armii Czerwonej. Walczył na Bliskim Wschodzie, w bitwie stalingradzkiej oraz na ziemi sandomierskiej. W 1945 r. skierowano go nad Dolny Śląsk.
Czym wsławił się Połbin? Współpracownicy i podwładni z pewnością podziwiali jego porywczy charakter i odwagę. Nawet jako generał, pomimo wyraźnego zakazu, nadal odbywał loty bojowe. Nigdy nie pozostawił swoich pilotów w trudnych misjach, a przynajmniej tak rysowała jego postać sowiecka propaganda. Szalone pomysły taktyczne Połbina przeszły do historii lotnictwa, przypisuje się mu przede wszystkim pierwsze znane użycie bombowców do zestrzelenia wrogich samolotów (zazwyczaj zajmowały się tym myśliwce z eskorty). W październiku 1943 r. jego pułk zniszczył sześć niemieckich maszyn przy stracie trzech własnych. W ten sposób sowieckie pozycje uniknęły nieprzyjacielskich bombardowań. Już w 1942 r. Połbin uhonorowany był najwyższym tytułem Bohatera Związku Radzieckiego, trzy lata później otrzymał go po raz drugi. Niestety pośmiertnie.
Co takiego stało się w 1945 r. nad płonącym Breslau? 10 lutego 1945 r. odbyły się pierwsze radzieckie naloty na stolicę Dolnego Śląska. Następnego dnia piękna pogoda zachęciła stacjonującego w Brzegu Połbina do poprowadzenia pułku 9 bombowców nad podwrocławski Oporów. Wybrał drogę ponad miastem, liczył, że ukryje się w gęstym dymie buchającym z płonących budynków. Ta odważna decyzja okazała się zgubna dla niego i załogi, samolot Pe-2 został zauważony i zestrzelony przez działo stojące na ul. Fiołkowej, niedaleko dzisiejszego FAT-u. Maszyna eksplodowała, szczątków samego generała dotąd nie odnaleziono.
Dziś postać Iwana Połbina budzi poważne kontrowersje. Nie da się zaprzeczyć, że był jedynym w historii generałem, który poległ prowadząc bojowy lot. Przypisuje się mu również wiele innowacji w dziedzinie taktyki walki powietrznej. Czy powinniśmy jednak honorować żołnierza Armii Czerwonej poprzez nazwę kozanowskiej ulicy? Ten temat powraca od kilku lat jak bumerang. Dr Maciej Korkuć z krakowskiego IPN, specjalista w dziedzinie "lustrowania" ulic wypowiedział się, że:
W czasie bitwy o twierdzę Wrocław zginęło wielu wybitnych żołnierzy sowieckich i niemieckich, jedni w służbie Stalina, drudzy Hitlera. Nie powinno być dla takich "bohaterów" miejsca w Polsce. Mają dużo ulic w Niemczech i w Rosji.
Co o tym myślicie?
Etykiety:
II wojna światowa,
kontrowersje,
kozanów
wtorek, 9 sierpnia 2011
"Ruhe in Frieden" – część III
Miałem się wstrzymać chwilę z nowymi postami, ale wczoraj natrafiłem na fascynujące fakty dotyczące nekropolii pomiędzy ulicami Pilczycką i Lotniczą. Pisałem ostatnio o niemieckich nagrobkach porzuconych za przystankiem linii 135 "Modra". Zacząłem się mocno zastanawiać, dlaczego na każdej mapie ten skrawek zaniedbanego i zaśmieconego terenu oznaczony jest jako cmentarz (lub część cmentarza żydowskiego). Odpowiedź przyszła zupełnie niechcący, za sprawą artykułów Grażyny Trzaskowskiej i dosłownie wbiła mnie w fotel.
Okazuje się, że owa niepozorna, trójkątna działka pomiędzy murem cmentarza żydowskiego, ul. Pilczycką a ogrodzeniem ogródków działkowych (oznaczona na mapie obok na czerwono) odegrała w czasach Festung Breslau niezwykle istotną rolę. W 1944 roku, w początkowym okresie oblężenia Wrocławia przez wojska sowieckie, postanowiono założyć na niej "cmentarz bohaterów". W styczniu i w lutym 1945 r. powstały tam 24 mogiły zbiorowe ze szczątkami 2500 ofiar, głównie żołnierzy, którzy zmarli w lazarecie zorganizowanym w szpitalu i klasztorze elżbietanek przy ul. Grabiszyńskiej 105-109.
Okazuje się, że owa niepozorna, trójkątna działka pomiędzy murem cmentarza żydowskiego, ul. Pilczycką a ogrodzeniem ogródków działkowych (oznaczona na mapie obok na czerwono) odegrała w czasach Festung Breslau niezwykle istotną rolę. W 1944 roku, w początkowym okresie oblężenia Wrocławia przez wojska sowieckie, postanowiono założyć na niej "cmentarz bohaterów". W styczniu i w lutym 1945 r. powstały tam 24 mogiły zbiorowe ze szczątkami 2500 ofiar, głównie żołnierzy, którzy zmarli w lazarecie zorganizowanym w szpitalu i klasztorze elżbietanek przy ul. Grabiszyńskiej 105-109.
środa, 27 lipca 2011
"Ruhe in Frieden" – część dalsza
Wybrałem się dziś za mur cmentarza żydowskiego przy ul. Lotniczej, aby sprawdzić doniesienia czytelnika emite o porozrzucanych nagrobkach. Rzeczywiście, widok jest niesamowity, ale i smutny. Około 100 metrów od przystanku autobusu 135 leży wielki stos płyt nagrobnych, z których część ma krzyże – muszą więc pochodzić z cmentarza komunalnego lub katolickiego (z naciskiem na ten pierwszy – Encyklopedia Wrocławia podaje, że z końcem XIX w. komunalne nekropolie przejęły rolę swoich katolickich odpowiedników). Dookoła panuje jeden wielki bałagan, dość powiedzieć, że zrobienie zdjęcia widocznego obok wymagało strącenia na ziemię kilku butelek po wódce...
Na dwóch nagrobkach zachowały się inskrypcje. Należą do Narii (Marii?) Bielsch z domu Smizec oraz do Emila Bielschera. Podobieństwo nagrobków i nazwisk właścicieli prowadzi do konkluzji, że była to prawdopodobnie rodzina. Niestety książki adresowe z lat 30. i 20. milczą na temat tych dwoje ludzi, kolejny element cmentarnej epopei pozostanie więc tajemnicą.
Na dwóch nagrobkach zachowały się inskrypcje. Należą do Narii (Marii?) Bielsch z domu Smizec oraz do Emila Bielschera. Podobieństwo nagrobków i nazwisk właścicieli prowadzi do konkluzji, że była to prawdopodobnie rodzina. Niestety książki adresowe z lat 30. i 20. milczą na temat tych dwoje ludzi, kolejny element cmentarnej epopei pozostanie więc tajemnicą.
piątek, 17 czerwca 2011
"Ruhe in Frieden" po wrocławsku
Park Zachodni to jedno z ulubionych miejsc odpoczynku wrocławian. Jego nieodłącznym elementem stały się place zabaw, dziesiątki wiewiórek i piknikowa atmosfera pośród gęstego lasu. Ten czarujący zakątek miasta skrywa jednak w sobie mroczną tajemnicę. Wystarczy na chwilę skierować wzrok ku ziemi, aby zauważyć rzędy równo ociosanych kamieni. To zniszczone, niemieckie nagrobki nie dają zapomnieć o wstydliwej części naszej powojennej historii. Zapisane gotycką czcionką inskrypcje "Ruhe in Frieden" (Spoczywaj w pokoju) wyglądają na owych nagrobkach wręcz szyderczo...
niedziela, 13 marca 2011
Kozanowskie rzeźby kontra Tramwaj Plus
Zaniepokoił mnie ostatnio widok budowy nowego torowiska na Kozanowie. Wycięto wzdłuż niego wszystkie drzewa i krzewy, na łysym pasie ziemi pozostały tylko stylowe, drewniane rzeźby (jedną z nich opisywałem jako południcę). Mam cichą nadzieję, że nikt nie wpadnie na pomysł ich likwidacji – byłaby to niepowetowana strata dla okolicznego krajobrazu. Pozostaje liczyć na rozsądek władz osiedla.
Zapraszam do obejrzenia galerii kozanowskich rzeźb na Facebooku!
Zapraszam do obejrzenia galerii kozanowskich rzeźb na Facebooku!
Etykiety:
kozanów
wtorek, 4 stycznia 2011
Zaćmienie słońca na Kozanowie
Przed chwilą zakończyło swoje apogeum częściowe zaćmienie słońca, odwieczny zwiastun tajemnic i przełomowych wydarzeń. Zdjęcie pokazuje tarczę słoneczną zza drzew na Kozanowie.
Etykiety:
kozanów
niedziela, 15 sierpnia 2010
Kozanowskie rzeźby
Wrocławski Kozanów znany jest w całej Polsce przede wszystkim ze względu na katastrofalne w skutkach powodzie. Ja jednak chciałbym pozostawić na chwilę na boku wszelakie klęski i opowiedzieć o czymś naprawdę wyjątkowym. O subtelności, która niszczeje skąpana w osiedlowej zieleni.

Owa subtelność to niepozorna rzeźba przy ulicy Kozanowskiej. Już od pierwszego spojrzenia budzi w przechodniach niepokój. Logika podpowiada, że to matka trzymająca swoje niemowlę. Ja mam jednak zupełnie inne skojarzenie. Zastanawiam się wręcz, czy moja interpretacja wynika z jakiegoś szalonego zbiegu okoliczności, czy też z celowych zabiegów autora.
Od niepamiętnych czasów wiejskie wierzenia ludowe, przekazywane z pokolenia na pokolenie, trwały w umysłach ludzkich, nietknięte nawet przez ekspansywne chrześcijaństwo. Gdy nadchodził czas żniw, całe rodziny wyruszały na pola zbierać owoce swojej pracy. Jak co roku dokuczał im letni skwar, falujące powietrze wdzierało się do nozdrzy, ścięte zboże zaś upadało dostojnie na usłaną ostrymi cieniami ziemię. W południe, kiedy temperatura sięgała już zenitu, nad rozgrzanymi polami pojawiały się piaskowe wiry. Rolnicy zobaczywszy je uciekali w popłochu w zacienione miejsce, aby przeczekać największy upał. Wiedzieli doskonale, że wir może być zwiastunem groźnego demona – południcy. Demon ów przybierał w słowiańskich kulturach najróżniejsze formy. Polskie podania mówią o młodej kobiecie ubranej na biało, Czesi wyobrażali ją sobie jako starą, okropną wiedźmę. Pojawiała się około godziny dwunastej, srogo karząc za pracę lub zabawę w pełnym słońcu. Dorosłych dusiła, łamała im kości i ucinała głowy. Dzieci pożerała lub porywała, porzucając z dala od pola. Według niektórych wierzeń lubiła zadawać zagadki, mszcząc się złośliwie na ludziach nie znających odpowiedzi. Czasami karą było tylko iskanie jej zwichrzonych włosów, a czasami wymyślna śmierć...
Powracając do Kozanowa – szczerze zdziwił mnie fakt, że rzeźba stoi na skraju placu zabaw. Południce atakowały dzieci właśnie na miedzach lub granicach pól, do dziś zresztą panuje przesąd, że nie wolno tam stawiać wózków i kołysek. W dodatku twarz kobiety z rzeźby jest – delikatnie mówiąc – mało przyjazna. Być może przedstawia dawnego demona? Być może ta postać wcale nie trzyma swojego dziecka? Słowiański wydźwięk pozostałych drewnianych pomników w okolicy zdaje się potwierdzać, że w całych tych rozmyślaniach może być ziarnko prawdy.
Tak na marginesie – wiele posiadanych przez nas informacji o południcach zgromadził czeski pisarz i etnograf – Karel Jaromír Erben. W 1853 roku wydał zbiór ballad "Kytice z pověstí národních". Niestety nie udało mi się znaleźć polskiego przekładu, możecie jednak obejrzeć fragment ekranizacji (chyba nie doczekamy czasów, kiedy nasze lektury zaczną być przenoszone na ekran z takim rozmachem i fantazją...).

Owa subtelność to niepozorna rzeźba przy ulicy Kozanowskiej. Już od pierwszego spojrzenia budzi w przechodniach niepokój. Logika podpowiada, że to matka trzymająca swoje niemowlę. Ja mam jednak zupełnie inne skojarzenie. Zastanawiam się wręcz, czy moja interpretacja wynika z jakiegoś szalonego zbiegu okoliczności, czy też z celowych zabiegów autora.
Od niepamiętnych czasów wiejskie wierzenia ludowe, przekazywane z pokolenia na pokolenie, trwały w umysłach ludzkich, nietknięte nawet przez ekspansywne chrześcijaństwo. Gdy nadchodził czas żniw, całe rodziny wyruszały na pola zbierać owoce swojej pracy. Jak co roku dokuczał im letni skwar, falujące powietrze wdzierało się do nozdrzy, ścięte zboże zaś upadało dostojnie na usłaną ostrymi cieniami ziemię. W południe, kiedy temperatura sięgała już zenitu, nad rozgrzanymi polami pojawiały się piaskowe wiry. Rolnicy zobaczywszy je uciekali w popłochu w zacienione miejsce, aby przeczekać największy upał. Wiedzieli doskonale, że wir może być zwiastunem groźnego demona – południcy. Demon ów przybierał w słowiańskich kulturach najróżniejsze formy. Polskie podania mówią o młodej kobiecie ubranej na biało, Czesi wyobrażali ją sobie jako starą, okropną wiedźmę. Pojawiała się około godziny dwunastej, srogo karząc za pracę lub zabawę w pełnym słońcu. Dorosłych dusiła, łamała im kości i ucinała głowy. Dzieci pożerała lub porywała, porzucając z dala od pola. Według niektórych wierzeń lubiła zadawać zagadki, mszcząc się złośliwie na ludziach nie znających odpowiedzi. Czasami karą było tylko iskanie jej zwichrzonych włosów, a czasami wymyślna śmierć...
Powracając do Kozanowa – szczerze zdziwił mnie fakt, że rzeźba stoi na skraju placu zabaw. Południce atakowały dzieci właśnie na miedzach lub granicach pól, do dziś zresztą panuje przesąd, że nie wolno tam stawiać wózków i kołysek. W dodatku twarz kobiety z rzeźby jest – delikatnie mówiąc – mało przyjazna. Być może przedstawia dawnego demona? Być może ta postać wcale nie trzyma swojego dziecka? Słowiański wydźwięk pozostałych drewnianych pomników w okolicy zdaje się potwierdzać, że w całych tych rozmyślaniach może być ziarnko prawdy.
Tak na marginesie – wiele posiadanych przez nas informacji o południcach zgromadził czeski pisarz i etnograf – Karel Jaromír Erben. W 1853 roku wydał zbiór ballad "Kytice z pověstí národních". Niestety nie udało mi się znaleźć polskiego przekładu, możecie jednak obejrzeć fragment ekranizacji (chyba nie doczekamy czasów, kiedy nasze lektury zaczną być przenoszone na ekran z takim rozmachem i fantazją...).
Rzeźba stoi na trawniku, schowana za krzewami przy ulicy Kozanowskiej. Nieopodal znajduje się pętla autobusowa "Kozanów". Wystarczy przejść przez przejście dla pieszych w stronę rzędu biało-różowo-niebieskich wieżowców. Na Hydralu znalazłem więcej zdjęć kozanowskich rzeźb, jednak na razie nie miałem czasu na ich szerzej zakrojone poszukiwania.
Subskrybuj:
Posty (Atom)




